Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neoliberalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neoliberalizm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 maja 2012

Innej lewicy nie będzie

W całej, dość dramatycznej i przykrej, sytuacji związanej z ostatnią nagonką na związki zawodowe, a głównie NSZZ "Solidarność", dostrzegam jeden plus. A mianowicie: możemy się jako lewica pozaparlamentarna w końcu policzyć.

Ostatnie miesiące, z debatą na temat reformy emerytalnej i dniem głosowania jej w Sejmie pokazały dość wyraźnie, jakie poszczególni aktorzy polityczni zajmują miejsca na naszej krajowej scenie. Najpierw więc, jako wierny sojusznik Donalda Tuska, ujawnił się Janusz Palikot. Lansujący się na nową siłę lewicową, uwiarygadniający się Piotrem Ikonowiczem i skupionymi wokół niego lokatorami i lokatorkami (niezłą ocenę wyborów politycznych Ikonowicza wykonał już Piotr Ciszewski). Palikot nie tylko poparł podniesienie wieku emerytalnego, ale robił co mógł, by odwrócić uwagę od meritum sprawy. Ruch Palikota błysnął w kwestii relacji "pracownicy - pracodawcy" także współtworzeniem z PO, w ramach Parlamentarnego Zespołu do spraw Wolnego Rynku, propozycji zmierzających np. do wyrzucenia związków zawodowych z zakładów pracy.

Przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego głosowali posłowie i posłanki: PiS, SP i SLD. Prospołeczny zapał obu partii ma jednak swoje granice - w postaci Wielkiego Narodowego Święta jakim ma być EURO 2012. Dziś Jarosław Kaczyński ogłosił, że w trakcie mistrzostw będzie panował spokój. Czytaj: PiS nie kiwnie palcem, by udzielić jakiegokolwiek poparcia dla jakichkolwiek związkowych, pracowniczych, lokatorskich czy innych - protestów. Zadowolony jest z tego, rzecz jasna, Leszek Miller, znany polski socjaldemokrata. To się, proszę Państwa, nazywa konsekwencja.

W tym kontekście, list otwarty wystosowany przez redakcję portalu Nowe Peryferie jest jedynym, odważnym głosem w słusznej obronie związków zawodowych przed jednym z najcięższych ataków ze strony establishmentu w ostatnich latach. Zaś lektura podpisów poparcia pod nim pokazuje, ile nas tak faktycznie jest. Nas, czyli osób stojących wyraźnie i konsekwentnie po stronie interesów większości. Tej większości, której rządzący odmówili prawa do samodecydowania - nie po raz pierwszy i z pewnością nie po raz ostatni.

Sytuacja materialna milionów pogarsza się w gruncie rzeczy z dnia na dzień. Budżety polskich miast świecą pustkami - by je dopiąć, władze tną wydatki na edukację, mieszkalnictwo, kulturę, transport publiczny. Wisienką na torcie obecnego wyzysku, którego ofiarą padamy my wszyscy, będzie EURO 2012. Międzynarodowe korporacje, na czele z UEFA, skolonizują już całkiem realnie i bezpośrednio przestrzeń publiczną naszych miast, osiągną też nieprawdopodobne zyski. Ilość pieniędzy, jaka z tego przypadnie nam - dostarczającym środków, takich jak stadiony, autostrady, strefy kibica, ogromne zaplecze infrastrukturalne i logistyczne - można ująć w promilach całej kwoty.

Czy będziemy chcieli zrobić coś dalej, gdy już się policzymy? Razem? Mam na to ogromną nadzieję. Bo innej lewicy, niż złożonej z was, podpisanych pod listem otwartym, nie będzie.


środa, 4 kwietnia 2012

Gazeta Wyborcza na bakier z faktami

Warto czasem czytać Wyborczą - po to, by na gorąco obserwować jak do lamusa odchodzą resztki rzetelności i uczciwości w debacie publicznej.

Oto Gazeta straszy na swoim portalu nagłówkiem: Przed wyborami prezydenckimi we Francji komunizm znów w modzie. Grę na przerażenie czytelników autorka tekstu, Dominika Pszczółkowska, zaczyna już we wstępie, określając Jean-Luc Melenchona, lidera Frontu Lewicy, mianem "ideologicznego negatywu Marine Le Pen". Klasyczna zagrywka ze strony neoliberalnego soldactwa: walka równorzędnych ekstremów. Bo jak wiadomo, rasizm i pogarda dla imigrantów są dokładnie tym samym, czym walka o prawa pracownicze.

Nie to jest jednak crème de la crème tego tekstu. Rewelacja nadchodzi w piątym akapicie, gdzie Pani Pszczółkowska pisze tak:

Melenchon chce wprowadzić 100-procentowy podatek od dochodów powyżej 360 tys. euro (czyli zabierać bogaczom całość zarobków)

The horror! Komuszy terror w najgorszym wydaniu!!!!11111jedenjedenjeden. No tyle, że nie.

Pani Pszczółkowska w swojej - zapewne błogiej - ignorancji i głębokim poważaniu dla tak staromodnych wartości, jak rzetelność, nie wiem: albo bezmyślnie skopiowała czyjąś notkę, albo równie bezmyślnie przetłumaczyła to, co znalazła na zachodnich serwisach. Bezmyślność ta zawiera się oczywiście w - za przeproszeniem - jebnięciu absolutnego idiotyzmu jakim jest "zabieranie bogaczom całości zarobków".

Wystarczy wpisać w Google sformułowanie "Melenchon tax rates", by oczom sikającego już po nogach przed wspomnianym komuszym terrorem czytelnika ukazała się ta strona:

http://www.guardian.co.uk/world/french-election-blog-2012/2012/mar/29/jean-luc-melenchon-france-rising-support

I to zdanie:
Anti-capitalist firebrand whose ideas include 100% fat cat tax on earnings above £300,000* wins attention and support in the polls.

Ja rozumiem, że nie każdy musi znać angielski. Doskonale wiem też, że nie każdy musi być ekspertem od systemów podatkowych. Ale jak dziennikarka gazety, uznawanej za poważną i opiniotwórczą, może tak kłamać albo bezmyślnie sadzić takie błędy - tego nie wiem. Dla Pani Pszczółkowskiej, i reszty redakcji Gazety na przyszłość: 100% tax on earnings above £300,000 znaczy tyle, co 100% stawka podatku od zarobków powyżej £300,000. Oznacza to, że w takim przypadku wspomniany bogacz, zarabiając np. 350,000£, oddaje państwu w postaci podatku dochodowego nie 350,000£, ale £50,000£. W przypadku podatku dochodowego dla dochodów powyżej 300,000£ w wysokości dajmy na to 50%, płaciłby on - od kwoty opodatkowania wynoszącej £50,000 - podatek dochodowy w wysokości 25,000£. Od pozostałej kwoty płaciłby on podatki dochodowe zgodnie z kolejnymi progami. Bardzo prosto jest to wytłumaczone chociażby tutaj: http://pl.wikipedia.org/wiki/Podatek_progresywny

I dziwić się później, że obowiązujący u nas system podatkowy jest postrzegany jako "represyjny", "socjalistyczny", i tak dalej...

UPDEJT* Jeden z dyskutantów na FB, znający się o niebo lepiej ode mnie na francuskiej polityce i w szczególności meandrach francuskiej lewicy dorzucił swoje trzy grosze, polecam przeczytać:

"W ogóle sama konstrukcja tego podatku przedstawiona w programie wyborczym jest bardzo ciekawa. Ustanawia ona pensję maksymalna jaką można zarobić, ale nie jest ona uzależniona od sztywnej wartości, jak tu jest podane tych 360 tys. Euro, ale jest dopasowana do zaleceń Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych (ETUC) zgodnie z którymi różnice między pensją najniższą i najwyższa nie powinny przekraczać stosunku 1:20. I tak zgodnie z programem pensja maksymalna ma być 20-krotnością pensji minimalnej. W takiej sytuacji, bogacz nie chcąc oddawać 100% swojej nadwyżki państwu będzie musiał podnieść pensje w swoim przedsiębiorstwie, żeby sam mógł zarabiać więcej."

sobota, 6 sierpnia 2011

Jak to jest?

Znów ta pora roku. Czas, w którym irytacja spowodowana polskim życiem politycznym skacze w górę o kilkaset procent. Chodzi oczywiście o wybory parlamentarne i cały, związany z nimi potok ekskrementów wylewający się w zasadzie zewsząd. Jako, że większość polskiej polityki zawiera się w zestawie prostych rytuałów - symulowanych kłótni czy męczonych aż do wyrzygania tematów typu Smoleńsk - jest ona na ogół nudna i przewidywalna. Najciekawsze z niej jest więc postępowanie ludzi jakoś związanych ze środowiskiem najbliższym mi politycznie.

Zaczęło się niewinnie - sobota, późny wieczór. Rada Krajowa SLD zatwierdziła listy wyborcze. Zanim jednak przejdę do treści newsa, najpierw cytat:

W Polsce socjaldemokracja nie zmartwychwstanie – ona musi się narodzić. Po 1989 roku szyld ten został zawłaszczony przez środowisko dawnych, cynicznych w dużej mierze działaczy SZSP, ZSMP i PZPR z lat 70-tych i 80-tych, dla których stał się on biletem wstępu na polityczne i biznesowe salony III RP. Sytuacja ta zablokowała powstanie lewicy jako formacji kulturowo – politycznej, trwale obecnej w dyskursie publicznym, który dziś został zdominowany przez liberałów i konserwatystów.

Cytat pochodzi z Trybuny, brak niestety w Internecie daty, z treści można jednak wnioskować, że prawdopodobnie z okresu między 2005 a 2008 rokiem. Autorem jest Michał Syska, dyrektor Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lasalle'a (a także członek zespołu Krytyki Politycznej). Cytat brzmi nieźle, prawda? Nic, z czym porządny socjaldemokrata, bądź demokratyczny socjalista, nie mógłby się zgodzić. Robimy więc fast forward i wracamy do wspomnianego już newsa o listach wyborczych.

We Wrocławiu liderem będzie Janusz Krasoń. Na czwartym miejscu znalazł się dyrektor Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a Michał Syska.

Jak to jest, że tak zdeklarowany socjaldemokrata, jak Michał Syska, startuje z list "środowiska dawnych, cynicznych działaczy SZSP, ZSMP i PZPR"? "Dla których [szyld socjaldemokracji] stał się biletem wstępu na polityczne i biznesowe salony"?

Na zatwierdzonych listach znalazły się także miejsca dla koalicjantów. Przewodniczący Zielonych 2004 Dariusz Szwed ma otwierać listę SLD w Chrzanowie.

Jak to jest, że tak zdeklarowany przeciwnik wojen w Iraku i Afganistanie - podobnie zresztą, jak Syska i Maria Szyszkowska (W Lublinie na pierwszym miejscu listy znalazł się Jacek Czerniak, tuż za nim prof. Maria Szyszkowska) - startuje z tych samych list, co Leszek Miller?

Na piątym miejscu krakowskiej listy znalazł się filozof prof. Jan Hartman.

Jak to jest, że tak zdeklarowany przeciwnik spłycania debaty publicznej i intelektualnej sieczki, jak prof. Hartman, startuje z tych samych list, co Grzegorz Napieralski - jeden z absolutnych przodowników, jeśli o płyciznę i sieczkę chodzi?

---

Wbrew pozorom naprawdę warto być przyzwoitym w polityce. Miejmy nadzieję, że w przyszłym, prawdziwie demokratycznym ustroju, polityka nie będzie już sposobem na robienie sobie dobrze kariery, bez wątpliwości i wyrzutów sumienia w związku z uprawianą przez siebie hipokryzją. Z tego miejsca serdeczne pozdrowienia dla porządnych socjaldemokratów, przeciwników wojen napastniczych i poważnych intelektualistów. W waszym przypadku pytanie "jak to jest" to chyba tylko pytanie retoryczne.

wtorek, 28 czerwca 2011

Intelektualne peryferie - suplement

Wrzucam w ramach uzupełnienia wczorajszego tekstu o "delikatnej" pomyłce jaką jest tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Łódzkiego dla Rudy'ego Giulianiego. Już po publikacji pojawiły się w dyskusjach na jednym z portali społecznościowych fragmenty dzieła jednego z recenzentów tytułu, a konkretnie: profesora Bogusława Sygita, kierownika zakładu kryminalistyki na katedrze postępowania karnego i kryminalistyki Uniwersytetu Łódzkiego. Rzeczone fragmenty wyglądają tak:

Na uprawianiu swego procederu samogoniarze ponoszą straty materialne: do wyrobu bimbru używane są skądinąd surowce niezbędne w gospodarstwie. W przypadku ich limitowania odbywają się kosztem wyżywienia rodziny (...) Wypędzanie i spożywanie nielegalnego alkoholu kończy się więc chorobami, obniżeniem stopy życiowej rodziny, koniecznością korzystania z zapomóg (...) Rodzina samogoniarza rozpada się od pobić, awantur, znęcania się. W tej sytuacji oczywiste jest, że dzieci najczęściej wkraczają na drogę przestępstwa, musi im bowiem udzielać się atmosfera łamania prawa.

Jak widać, praca dotyczyła procederu bimbrownictwa. Rzecz jasna, żadne z powyższych zdań nie ma umocowania w jakimkolwiek przypisie odsyłającym do empirycznych badań, mogących potwierdzić te śmiałe tezy. Należy więc chyba uznać, że zdziwienie, bądź zaskoczenie, procesem recenzenckim tytułu doktora honoris causa Rudolpha Giulianiego jest zwyczajnym przejawem naiwności z mojej strony :)

niedziela, 26 czerwca 2011

Intelektualne peryferie, czyli neoliberalna ortodoksja po polsku

"Trzeba podważać wszystko, co się da podważyć,
gdyż tylko w ten sposób można wykryć to,
czego podważyć się nie da".
Prof. Tadeusz Kotarbiński,
pierwszy rektor Uniwersytetu Łódzkiego

W powyższym motcie, Tadeusz Kotarbiński pięknie i zwięźle ujął etos nauki, jako krytycznego, rozumowego podejścia do otaczającej nas rzeczywistości, wymuszający bycie w ciągłym intelektualnym „stanie gotowości”. Nic więc dziwnego, że znajduje się ono w zakładce „Misja UŁ” na stronie internetowej Uniwersytetu Łódzkiego. Staje się to zaskakujące dopiero, gdy uświadomimy sobie, jak bardzo na bakier z tym mottem może być praktyka instytucjonalna i naukowa Uniwersytetu. Świadczy o tym sprawa nadania tytułu doktora honoris causa Rudolphowi Giulianiemu – pokazuje ona, jak łatwo dochodzi na polskich uczelniach publicznych do zjawiska „fabrykowania konsensusu”: naturalizowania ściśle określonych poglądów politycznych jako naukowych oraz obiegowych prawd.

Na początku grudnia ubiegłego roku Senat Uniwersytetu Łódzkiego podjął uchwałę o nadaniu Rudolphowi Giulianiemu tytułu doktora honoris causa. Promotor procesu nadania tytułu tak uzasadniał, w artykule z „Rzeczpospolitej”, decyzję Senatu:

Giuliani połączył walkę z przestępczością ze wzrostem nakładów na oświatę i pomocą socjalną – zachwala zalety najsłynniejszego burmistrza Ameryki referent wniosku prof. Brunon Hołyst. – Jego program „Zero tolerancji” sprawił, że najbardziej niebezpieczne miasto w USA stało się najbezpieczniejsze. Liczba wszystkich przestępstw spadła o ponad połowę.

Z dalszej części tekstu możemy dowiedzieć się, o co chodziło w słynnej strategii Giulianiego:

Program Giulianiego polegał na karaniu nawet za błahe przewiny, by bezkarność nie rozzuchwalała. Burmistrz wychodził bowiem z założenia, że droga od występku do zbrodni jest zazwyczaj taka sama: zaczyna się od malowania sprayem na murach, bójek, potem są drobne kradzieże, napady i w końcu zabójstwa. I choć nie każdy grafficiarz będzie mordercą, to każdy morderca był kiedyś grafficiarzem – twierdził.

Senat UŁ podjął decyzję o przyznaniu doktoratu honoris causa w oparciu o recenzje następujących osób: prof. dr hab. Bogusława Sygita z Uniwersytetu Łódzkiego, prof. dr. hab. Michała Seweryńskiego z Uniwersytetu Łódzkiego, prof. dr. hab. Andrzeja Marka z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz prof. dr. hab. Stanisława Pikulskiego z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Jak to możliwe, by tak szerokie grono naukowców z tytułami profesorskimi przeszło do porządku dziennego nad poważnymi kontrowersjami związanymi z „osiągnięciami” Giulianiego? Zgodnie z mottem znajdującym się na stronie Uniwersytetu Łódzkiego, obowiązkiem każdego uczciwego, rzetelnego badacza jest wytrwałe podważanie i weryfikowanie tez (hipotez, badań, i tak dalej), z jakimi ów się w swojej działalności naukowej spotyka. Tymczasem, uznanie działań Giulianiego za sukces, a założeń programu „Zero tolerancji” za prawomocne, jest wysoce dyskusyjne i problematyczne.

W poszukiwaniu i krzewieniu prawdy

Mistyfikacją, jaką jest „Zero tolerancji” oraz „teoria zbitej szyby” dogłębnie zajął się Loïc Wacquant, profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, uczeń Pierre'a Bourdieu, w swojej książce „Więzienia nędzy”. Tekst jest wyjątkowo łatwo dostępny, niestety, recenzenci kandydatury, a w szczególności jej promotor, prof. Brunon Hołyst, najwyraźniej nie zapoznali się z analizą Wacquanta. W przeciwnym razie, prof. Hołyst nie upierałby się zapewne przy związku między strategią Giulianiego a „dwukrotnym spadkiem przestępczości”. Wacquant wskazuje, że w tym samym okresie podobny spadek przestępczości można było zaobserwować w innych stanach, w których nie wprowadzono idei „Zera tolerancji”, czy w Kanadzie, nie dokonującej żadnych istotnych zmian w swojej polityce walki z przestępczością. W szerszej perspektywie spadek przestępczości w Nowym Jorku był więc wynikiem działania czynników z poziomu makro (takich jak bardzo dobra koniunktura gospodarcza czy zmiany demograficzne), a nie działań ówczesnego burmistrza. Co więcej, spadek przestępczości w tym mieście zaczął się już na 3 lata przed dojściem Giulianiego do władzy! Choć dostrzega jeszcze inne, niż Wacquant, przyczyny spadku przestępczości, także ekonomista Stephen D. Levitt wskazuje, że działania ówczesnego burmistrza Nowego Jorku miały znikomy wpływ na ilość popełnianych przestępstw.

Wielki wzrost nakładów na policję oraz zorientowanie na surowe karanie nawet za najdrobniejsze przestępstwa doprowadził natomiast do eskalacji przemocy ze strony służb policyjnych, skierowanej przede wszystkim w kierunku czarnych społeczności: Wacquant przytacza olbrzymie różnice w ocenach działań policji między osobami o białym, a czarnym kolorze skóry, a także drastyczny wzrost skarg ze strony tych drugich (ok. 60%). Polityka Giulianiego miała jeszcze jeden efekt: pozwoliła ona napędzić koniunkturę na usługi prywatnych firm i korporacji zajmujących się więziennictwem czy, szerzej, „ochroną bezpieczeństwa”. Do tego, gros skazywanych i osadzanych w ośrodkach karnych stanowili czarni, z biednych dzielnic, zatrzymywani za posiadanie „nielegalnych substancji”, zgodnie z inną wielką mistyfikacją zwaną „wojną z narkotykami”. Tą samą, która po wielu latach krytyki ze strony przeróżnych środowisk (w tym organizacji zrzeszającej byłych i obecnych policjantów) została ostatnio uznana w raporcie Światowej Komisji ds. Polityki Narkotykowej za spektakularną porażkę (fragment artykułu z Gazety Wyborczej: „globalna wojna z narkotykami nie powiodła się, co pociągnęło dewastujące konsekwencje dla społeczeństw i jednostek na całym świecie”).

W oparciu o zasady humanizmu i demokracji

Analizując postępowanie obecnych władz Uniwersytetu Łódzkiego bardzo trudno jest powstrzymać się przed konstatacją, że jest ono częścią opisywanego przez Wacquanta zjawiska szerokiej promocji i lobbingu na rzecz „Zera tolerancji” wśród elit politycznych. By mogły one wprowadzać rozwiązania służące w istocie penalizacji biednych i wykluczonych, owe rozwiązania potrzebują pseudonaukowej przykrywki, przedstawiającej je jako empirycznie potwierdzone, i tym samym prawomocne, naukowe fakty. Po napisaniu odpowiedniej ilości „rozpraw” i zorganizowaniu licznych seminariów i konferencji, „Zero tolerancji” z ideologicznego, miałkiego konstruktu awansuje do rangi naukowej prawdy. Trzeba zwrócić uwagę, że w przeciwieństwie do krytyków „teorii zbitej szyby”, czy „Zera tolerancji”, teksty ich apologetów nie były publikowane w żadnych poważnych, prestiżowych periodykach naukowych. Z reguły były to książki czy czasopisma finansowane przez neoliberalne think-tanki, takie jak Heritage Foundation, czy Manhattan Institute. Tym samym „dzieła” teoretyków spod znaku „zera tolerancji” nie przeszły ani procesu recenzenckiego, ani nie zostały poddane jakiejkolwiek innej naukowej weryfikacji.

Podpisanie się pod kandydaturą Giulianiego do tytułu doktora honoris causa kadry naukowej Uniwersytetu Łódzkiego i innych polskich uczelni publicznych jest częścią tego procesu legitymizacji neoliberalnej ortodoksji i ideologicznej mistyfikacji. Nawet, jeśli wspomniani naukowcy zignorowali narzucające się wnioski dotyczące charakteru programu „Zero tolerancji”: jako działań generujących – a nie rozwiązujących – problemy społeczne, to same wątpliwe i szeroko krytykowane „naukowe podstawy” tej strategii powinny być wystarczającym powodem do tego, by odrzucić pomysł nagradzania Giulianiego tytułem doktora honoris causa. Niestety jednak, „produkowanie konsensusu” ma się na Uniwersytecie Łódzkim bardzo dobrze – ze szkodą dla etosu nauki i wbrew maksymie pierwszego rektora Uniwerstetu.

czwartek, 23 czerwca 2011

Strefa specjalnie tania

Niestety, w ostatnim czasie blog dotknęła poważna anemia. Niemniej! w ostatnim czasie ukazał się na stronie Res Publiki Nowej mój tekst o SLD, kolejny jest już napisany i miejmy nadzieję niedługo ujrzy światło dzienne, zaś jeszcze jeden jest zaczęty i czeka na lepsze czasy (oby nadeszły). Żeby "coś się działo" wrzucam tekst będący częścią lewicowej diagnozy i postulatów dla Łodzi ze strony łódzkiego Klubu Krytyki Politycznej i Młodych Socjalistów. A niedługo, chyba, nowy materiał.

---

Strefa specjalnie tania

Czym są tzw. specjalne strefy ekonomiczne? To wydzielona część terytorium kraju, w której działalność gospodarcza może być prowadzona w preferencyjnych warunkach, tj. przedsiębiorstwom, które uzyskały zezwolenie na działalność w strefie, przysługuje pomoc publiczna w formie zwolnienia podatkowego. Specjalne Strefy Ekonomiczne od ok. 10 lat istnieją także w Polsce.

Uzasadnieniem powstania SSE jest chęć ściągnięcia do danego kraju/regionu/miasta inwestorów poprzez zaoferowanie im niezwykle korzystnych warunków działalności gospodarczej. Może się to wydawać zrozumiałe w kontekście procesów globalizacyjnych, w wyniku których poszczególne państwa zmuszone są, by konkurować o zainteresowanie firm i przedsiębiorstw, uwolnionych od więzów i ograniczeń. Jednak sam rzut oka na zestawienie krajów, w których działają SSE, daje do myślenia. Są to kraje przede wszystkim tzw. Trzeciego Świata oraz gospodarki kilku krajów rozwijających się: Chiny, Indie, Iran, Jordan, Kazachstan, Rosja, Białoruś, a od 2005 roku także Ukraina. Nazbyt często służą one międzynarodowym gigantom jako rezerwuary drastycznie taniej „siły roboczej”, pozbawionej ochrony prawnej i reprezentacji związkowej. W tym gronie znajduje się także Polska oraz Łódź.

Na swojej stronie internetowej Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna chwali się m.in. dynamicznym rozwojem sektora BPO – Business Process Offshoring. Czym jest BPO? Niczym innym jak usługami outsourcingowymi – co w skrócie oznacza zatrudnianie pracowników na umowy zlecenie bądź umowy o dzieło przez pośredniczące agencje pracy tymczasowej, co oznacza zdecydowaną redukcję kosztów dla firm korzystającej z ludzkiej pracy i tym samym większe zyski. Oznacza to również zdecydowanie mniejsze zarobki pracowników czy brak ubezpieczenia – tożsame z niestabilnością i niepewnością jutra.

Dotychczas brakowało rzetelnej debaty publicznej o Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Media ograniczały się z reguły do informowania o tym, ile nowych miejsc pracy zostanie utworzonych w strefie lub o wysokości poszczególnych inwestycji. Dlatego też postulujemy dokonanie niezależnego audytu funkcjonowania ŁSSE z oszacowaniem zysków w postaci faktycznie nowych miejsc pracy utworzonych dzięki istnieniu strefy, wysokości zarobków w strefie w stosunku do średniej województwa łódzkiego i miasta Łodzi, a także wysokości potencjalnych strat, wynikających z ogromnej ilości ulg i zwolnień z podatków. Przy uwzględnieniu np. tego, że obszar ŁSSE obejmuje nie tylko Łódź i województwo łódzkie, ale także Wielkopolskę i Mazowsze. Dopiero posiadanie takich informacji umożliwi zainicjowanie prawdziwej debaty publicznej na temat zasadności funkcjonowania ŁSSE.

Łódź, jako duże polskie miasto, najprawdopodobniej nigdy nie wygra z krajami biednego Globalnego Południa w dumpingu socjalnym, ogromnych ulgach podatkowych i uelastycznianiu rynku pracy. Z tego względu,a także dla zachowania zasad etyki, tak często przecież łamanych w historii Łodzi przemysłowej – powinniśmy porzucić tę drogę. Zamiast tego miasto powinno przede wszystkim dyskontować swoje położenie w centrum Polski i Europy oraz włókiennicze tradycje, znajdujące kontynuację w badaniach i odkryciach Instytutu Włókiennictwa Politechniki Łódzkiej. Do miasta z rozbudowanym zapleczem infrastrukturalnym i badawczym inwestorzy przybędą bez konieczności udzielania olbrzymich zwolnień z podatków. Bo bez nich, z pustą kasą, Łódź najprawdopodobniej dalej będzie stała na miejskiej mieliźnie.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Nienawidzę was, hipokryci

Rzygać mi się chce, gdy na was patrzę, cholerni hipokryci. A może to nie hipokryzja - może to totalny brak sumienia pozwala wam na tak bezczelne kłamstwa, oszustwa i udawanie tego, kim się nie jest? Który to już raz wycieracie sobie gęby losem pokrzywdzonych: pracowników, lokatorów, kobiet, gejów, lesbijek? Który to już raz będziecie pozować na obrońców zamykanych zakładów pracy, gdy jeszcze parę lat temu z radością wysyłaliście ludzi na bruk? Jak długo jeszcze będziemy musieli znosić wasze uśmiechnięte gęby, pełne frazesów, wyciąganych z okazji kampanii wyborczej? Bo akurat tak się złożyło, że mając kapitał - finansowy i polityczny - w spadku po kolegach z PZPR, możecie go użyć by w spektaklu (tragifarsie konkretnie) dla nas odgrywanym wcielać się w rolę lewicy, przy aprobacie kolegów z prawicy i właścicieli mediów. A w rzeczywistości, tego czego wam brakuje, to przyznanie honorowego członkostwa w partii dla Leszka Balcerowicza. Wasza młodzieżówka już się afiliowała, czas na was. W zapowiedzianej przez was, mało subtelnie, koalicji z PO będziecie pełnić rolę prawego, w pełni liberalnego skrzydła.














Mam szczerą nadzieję, że pracownicy z tych likwidowanych zakładów pracy, pod którymi podobno chcecie demonstrować (szybko się obudziliście - po 20 latach...) tym razem przyjdą na tego 1 Maja i naplują wam w wasze śliczne, gładkie twarze, wystawiane do fleszów i świateł kamer.

- Doszliśmy do wniosku, że święto pracy musi zmienić swój charakter, bo nie ma czego świętować. Bezrobocie jest wysokie, a zarobki niskie - wyjaśnia Tomasz Kalita. - Zamiast kroczyć w pochodzie, będziemy protestować pod którymś z zamykanych zakładów pracy - dodaje.
Źródło: SLD rezygnuje z pochodów pierwszomajowych

niedziela, 20 marca 2011

Kapitalizm - problem?

Zainspirowany wczorajszą notką i kontynuacją w postaci dzisiejszego newsa na lewica.pl:

Znacznie wyższe zarobki osiągają osoby stojące na czele Getin Holdingu. Jego prezes, Radosław Boniecki, w 2010 roku wzbogacił się o 1 608 000 zł, natomiast prezes samego Getin Noble Banku, Krzysztof Rosiński, zainkasował 5 309 000 zł. Największy dochód - 7 700 000 zł - osiągnął jednak szef rady nadzorczej Leszek Czarnecki, plasując się tym samym na trzecim miejscu wśród najbogatszych Polaków.

mój komentarz obrazkowy:

sobota, 19 marca 2011

Czy ktoś coś z tego rozumie?

Panowie, panowie, macie moc nad nami,
żebym ja miał nad was, orałbym ja wami.
Panem bym ci orał, okunomem włóczył,
a pisarzem radlił, robić bym was uczył.
("Orałbym ja wami", R.U.T.A.)


Człowiek się budzi rano, otwiera oczy - rzeczywistość. To znaczy - wszystko wydaje się w pełni realne i prawdziwe. Patrzysz za okno - i widzisz tam to zasadniczo to samo, co wczoraj. Wszystko wygląda normalnie - pokój, półki, książki, kibel, nie ma się wątpliwości co do prawdziwości otaczającego świata. Do momentu włączenia komputera i zrobienia szybkiego riserczu, który udowadnia ci, że rzeczywistość w której funkcjonujesz jest najwyraźniej czymś zupełnie innym, od tego:

W 2008 roku mediana rocznego wynagrodzenia członka zarządu spółki giełdowej wyniosła 420 400 PLN - wynika z najnowszego raportu "Wynagrodzenia zarządów spółek giełdowych w 2008 roku" przygotowanego przez firmę Sedlak & Sedlak. Członkiem zarządu, który w 2008 roku zarobił najwięcej, był Piotr Janeczek - prezes Stalprodukt S.A. Znaczną część jego wynagrodzenia (o łącznej wysokości 7 733 000 PLN) stanowiła premia za wyniki w wysokości 5 463 000 PLN. Do pozostałych składników wynagrodzenia Piotra Janeczka należały: podstawa (737 000 PLN), tantiema z zysku za 2007 rok (1 359 000 PLN) oraz wynagrodzenie z tytułu pełnienia funkcji we władzach jednostek podporządkowanych (174 000 PLN). (...) Pierwszą dziesiątkę najlepiej zarabiających menedżerów spółek giełdowych zamyka Marian Kwiecień, prezes Wistil S.A. Jego wynagrodzenie w spółce-matce wyniosło 625 162 PLN, w spółkach zależnych - 3 900 895 PLN.

I tego:

Na wykresie 1. przedstawiono rozkład wynagrodzeń menedżerów banków, którzy przepracowali cały 2008 rok. 55% członków zarządów otrzymało roczne wynagrodzenie całkowite mieszczące się w przedziale od 1,01 do 2,5 mln PLN. Liczną grupę stanowili także ci menedżerowie, którzy z tytułu pełnionej w zarządzie funkcji otrzymali wynagrodzenie całkowite mieszczące się w przedziale od 2,51 do 3,5 mln PLN. Zarobki w tej wysokości przysługiwały niemal co piątemu członkowi zarządu.

Dla porównania:

Przeciętne wynagrodzenie brutto w grudniu 2008 roku wyniosło 3.419,82 zł.

Uczcie się dalej, biedni frajerzy, wypruwajcie sobie żyły i zakładajcie swoje małe śmieszne biznesiki, drodzy młodzi aktywni naiwniacy. Może jeden z kilku tysięcy takich jak wy dobrnie kiedyś do pozycji równej feudalnemu magnatowi, którego zarobki pozbawione są jakiegokolwiek racjonalnego uzasadnienia. Którego życie jest równie oderwane od rzeczywistości, w której żyjemy my, jak jego pensja, pochodząca z robienia nas wszystkich w dupę.

Jak można pomóc młodym w wieku 19-24 lat?

Radzikowski: - W dużej mierze sami są sobie winni. Kończą studia i od razu chcą wysokich stanowisk. Nie dość, że większość nie ma żadnego doświadczenia, wielu nie miało nawet stażu na studiach, to jeszcze żądają bardzo dobrej pensji. To rynek dyktuje stawki. Zamiast 5 tys. zł netto na początek warto poprosić o 2-3 tys. zł, a nawet przyjąć niższe stanowisko w dobrej firmie, niż narzekać na brak posady.

czwartek, 10 marca 2011

Polska chorymi dziećmi stoi

Zacząłem jakiś czas temu szykować notkę o nowym projekcie na polskiej scenie muzycznej i coś jej niestety skończyć nie mogę. Więc zamiast tego krótko zupełnie o czym innym.

Adam Ostolski w tekście z "Zielonych Wiadomości" porusza problem opieki medycznej osób starszych. To ważne w sytuacji, w której potrzeby emerytów i emerytek prawie zupełnie zniknęły z obszaru dyskusji publicznej, a oni sami traktowani są jako coś zupełnie przezroczystego, a jeśli już się ich zauważa - to jako coś co zawadza, przeszkadza, wolno się porusza i marudzi. Tekst Adama jest zwięzły i trafny, nie będę więc go specjalnie komentował. Chciałbym natomiast napisać o drugim końcu wiekowej osi - czyli o dzieciach.

Polska chorymi dziećmi stoi. Otworzenie portalu społecznościowego, wejście do autobusu, pracy, szkoły, uczelni - wszędzie tam napotkać można co najmniej jedną kartkę, plakat z apelem o pomoc dla ciężko chorego Szymona, Gosi, Jasia, Madzi. Mukowiscydoza, tuberkuloza, stwardnienie rozsiane, niepełnosprawność. Na każdej kartce - zdjęcie malca podłączonego do specjalnej aparatury, patrzącego się na nas swoimi wielkimi, smutnymi oczami. Pod spodem - opis przypadku, numer konta, dane fundacji. Apel o pomoc, każda wpłata się liczy.

A ty patrzysz na te cierpiące ślepia, na ludzki dramat każdego z tych dzieciaków. "Kurwa, i jeszcze z tymi dziećmi jebanymi, nie mogę!". Pomożesz Szymonowi, czy Gosi? Jasiowi, czy Madzi? A może wszystkim? Wpłacasz na każde konto po 10 zł, razem 40 zł. Przez chwilę czujesz, że zrobiłeś to co do ciebie należało. Następnego dnia los zanosi cię do innego autobusu, tramwaju, uczelni, sklepu. A tam: apel o pomoc dla ciężko chorego Jacka, Agaty, Zosi, Mateusza. W telewizji apel fundacji TVN, Pomagam, Nie jesteś sam.

Drapiesz się po głowie i wiesz, że na wszystkich nie wpłacisz, bo po prostu tyle nie masz. I zastanawiasz się, komu masz pomóc. Agacie? Zosi? Mateuszowi? Jackowi? To może Zosi. Ale czemu Zosi, a nie Agacie? Która cierpi bardziej? Tzw. "państwo polskie" stawia nas w pozycji konieczności dokonania wyboru - musisz zdecydować, czy pomoc należy się bardziej małemu Mateuszowi czy małemu Jackowi. Którego wybierzesz?

Pamiętam, jak na samym początku lat dwutysięcznych uderzyła mnie zwiększona ilość osób chodzących po ulicach miasta z wózkami ze złomem. Po latach wróciłem do tego wspomnienia i porównałem je z danymi dotyczącymi bezrobocia. Jak się okazuje, byłem (i wielu/wiele z nas również) świadkiem ówczesnej polskiej nędzy i społecznej zapaści, mającej swój kulminacyjny punkt tuż przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej.

Mimo zmniejszania straszliwych podatkowych danin płaconych przez jedną z najbardziej prześladowanych grup społecznych - przedsiębiorców - nadal ta biedna grupa nie uczyniła nam raju na ziemi. Chorych dzieci nie ubywa, doskonałych prywatnych placówek, które w magiczny sposób, za grosze, rozwiązałyby problem jakoś nadal nie ma.

Ciężko chore dzieci, spoglądające na nas z plakatów, to produkt chorego systemu, bohatersko (nawiązując do Owsiaka i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy) walczącego ze skutkami, a nie przyczynami tkwiącymi w nim samym.