piątek, 25 lutego 2011

Zagraj to jeszcze raz, Tom

Czyli kolejny tekst o tym, dlaczego SLD to nie lewica.

Tym razem do pisania prowokuje mnie Tomasz Kalita, kłamczuch prasowy SLD. Chodzi o wywiad z dzisiejszej Wyborczej. Zgodnie z regułą mistrza thrillerów, Kalita zaczyna trzęsieniem ziemi:

(...) Przecież SLD jako jedyny od lat domaga się rozdziału Kościoła od państwa, związków partnerskich czy finansowania in vitro. A kiedy będziemy mieli wpływ na rządzenie - to będzie kulturowa rewolucja.

W tym momencie czytelnik po raz pierwszy wypluwa na ekran monitora kawałki porannego posiłku (w przypadku autora - chleba z serkiem wiejskim "Piątnica"). Dalej napięcie już tylko rośnie:

Macie opinię technokratów, rwących się do władzy albo z PiS, albo z PO.

- Mamy ambicję zrobić dobry wynik i rządzić (...)

Zwróćcie uwagę! On nawet nie zaprzecza w kwestii "technokratów"!

Dalej jest już natomiast ta sama śpiewka, powtarzana do znudzenia. Poprzetykana umizgami i przebieraniem nogami do koalicji z PO:

- (...) nie narzekamy na prezydenta Bronisława Komorowskiego, któremu prof. Nałęcz doradza. W niektórych sprawach miło nas zaskakuje, choćby dlatego, że unika antagonizowania. Aleksander Kwaśniewski uszył płaszcz dla prezydentury i Komorowski gładko w niego wszedł.

Mrugnięcie okiem do BroKoma i pokłon dla Kwaśniewskiego. Ach, ten Kwaśniewski, unikający antagonizowania miłośnik spokoju i porozumienia. Wysłanie wojsk do Iraku było, jak wiemy, kolejnym tego przejawem. Pochylanie się Kalita ciągnie w odpowiedzi na następne pytanie:

Chcecie budować nową lewicę w kontrze do dorobku Kwaśniewskiego i Leszka Millera?

- Oni borykali się z piętnem postkomunizmu. Robili wiele, by udowodnić, że chcą budować demokrację, odpowiedzialnie transformować Polskę, zapewniać jej bezpieczeństwo w NATO i UE. I zdali ten historyczny egzamin. Zadaniem dla naszego pokolenia jest Polskę zeuropeizować. Bo my formalnie jesteśmy w Unii, ale kulturowo jesteśmy gdzieś na jej obrzeżach.

Postawcie sobie z jednej strony Kalitę i Napieralskiego, a z drugiej Tuska. A potem wymieńcie pięć różnic. Stawiam piwo zwycięzcy/zwyciężczyni.

- Młodzi ludzie wysiadają z samolotu z Londynu i od razu czują ten zaduch. Polska jest np. jednym z trzech krajów Unii, obok Malty i Irlandii, z tak surowym prawem antyaborcyjnym.

Abstrahując od tego, że Kalita najwyraźniej nie zastanawia, skąd ci młodzi ludzie wzięli się w Londynie in the first place, to warto przytoczyć słowa ulubieńca prasowego kłamczucha, Olka Kwaśniewskiego, z 2004 roku, wygrzebane przez Krzysztofa Tomasika:

Uważam, że ten trudny kompromis, jaki wypracowaliśmy kilka lat temu, choć nie rozwiązuje problemu, służy normalizacji sytuacji w Polsce.

Ole Olek! Ale ale, SLD przecież naprawdę zależy na liberalizacji prawa antyaborcyjnego, przecież nawet:

- gotowy jest (...) projekt liberalizacji ustawy antyaborcyjnej.

SLD zakończyło swoje rządy w 2005 roku. Mamy 2011. Co, chłopaki i dziewczyny, robiliście i gdzie byliście jako opozycja parlamentarna przez te 6 lat? Choć bardziej istotne jest pytanie, co SLD zrobiło w trakcie swoich rządów, by taki projekt przeforsować?

My nie możemy odpowiadać za błędy czy zaniechania innych rządów lewicowych. Oni zresztą mieli inne, ważne wyzwania.

Tłumacząc: co złego to nie my, a liberalizacja ustawy antyaborcyjnej i tak była mniej ważna od takich wielkich wyzwań, jak Unia Europejska, Irak, Afganistan, czy coś tam. W każdym razie czepiacie się.

Tymczasem przypominam, że napięcie stale rośnie:

- Może i Janusz Palikot próbował krzyczeć, ale jak zawsze wyszła z tego błazenada. Tylko SLD ma poważną ofertę zwiększenia swobód obywatelskich w Polsce.

Hahaha... o, znów resztki śniadania na monitorze : (

- Napieralski (...) uchronił ten kraj od fatalnego układu sceny politycznej, w którym nie byłoby miejsca na lewicę, a spór był toczony przez dwie konserwatywne formacje.

A Palikot potrafi tylko robić konferencje z wibratorem lub ze świńskim ryjem. Kończy się era polityków festiwalowych.

Będziecie z nim współpracować?

- Myśmy wielokrotnie wyciągali do niego rękę, ale on nie chce. Chcemy budować szeroki front centrolewicowy z Partią Kobiet, Zielonymi. Front ideowy.

Wyciąganie ręki do błazna potrafiącego robić tylko konferencje z wibratorem lub ze świńskim ryjem to zdecydowanie istota zmysłu politycznego SLD.

Wiele osób, także z "Krytyki" namawiało go, by współpracował z nami. Myślałem, że z tego powstanie jakieś środowisko kontestatorskie. To Sierakowskiego pytajcie, gdzie jest jego bunt? Oni nie muszą się już buntować, bo tam w lokalu jest dobra muzyka, jest dobre piwo i jest fajnie.

Nie to co na Rozbrat, prawda... ? Wyczuwam żal i tęsknotę w głosie Pana Tomasza. A w podtekście pójście z SLD jako synonim buntu i kontestacji. Pisałem już, że to naprawdę mocny wywiad?

- Chcemy być lewicą XXI wieku. Państwo w wydaniu socjaldemokracji XXI wieku to duża galeria handlowa, w której zrzucamy się na wejściu i korzystamy z podstawowej infrastruktury. Za resztę musimy dopłacić.

O! Znów zdarzyło się mu powiedzieć prawdę! Podziękujmy Panu Tomaszowi za tę zajebiście trafną metaforę socjaldemokracji XXI wieku. Serio, świetna jest, aż żałuję, że to ja pierwszy na nią nie wpadłem.

- Chcemy, by państwo określiło, za co i w jakim stopniu jest w stanie płacić. Np. bezpłatne studia są de facto już fikcją. Zdecydowana większość studentów za nie płaci. Może lepiej by było stworzyć sensowny system stypendialny?

A może tak sp*****aj? Nadrenia Północna Westfalia zniosła właśnie czesne głosami twoich kolegów z eSPeeDee, Zielonych i Die Linke, zaś następny w kolejce do tego jest Hamburg.

- Dziś wielu pracowników jest zmuszanych do samozatrudniania, zakładania firm. To jest prawdziwe rozbójnictwo, ich też musimy reprezentować, bronić interesów drobnych przedsiębiorców.

Po raz kolejny Pana Tomasza nie stać na głębszą refleksję. Nie trzeba być intelektualnym orłem, by wiedzieć, że samozatrudnienie niekoniecznie równa się dziś drobny przedsiębiorca. Tak jak praca na umowę o dzieło nie równa się wolny zawód. W obydwu przypadkach jest to raczej życie z groszy wypłacanych w śmieciowej pracy przez skur****na kapitalistę, dla niepoznaki zatrudniającego cię przez cwaniaków z outsourcingu, zarabiających na tym, że łaskawie dają ci pracę. Ale, czego ja oczekuję.

- I zostało tylko dwóch Leszków, nierozumiejących tego, co się w Polsce i na świecie stało: Leszek Balcerowicz i zafascynowany liberalizmem gospodarczym Leszek Miller.

... i zafascynowany Leszkiem Millerem Grzegorz Napieralski, niezwykle szanujący doświadczenie i polityczną mądrość byłego premiera.

Dalej jest już z mojego punktu widzenia niezbyt ciekawy bełkot... tzn. stopniowanie napięcia, aż do konkluzji:

- Dzięki Napieralskiemu do polityki weszło całe pokolenie młodych ludzi, sekowane wcześniej przez starszych towarzyszy. Ci ludzie są teraz radnymi, a za chwilę wejdą do parlamentu.

Pan Tomasz nam grozi chyba... Bo chyba ciężko rozpatrywać w kategoriach nadziei na jakościową zmianę wejście na scenę polityczną bezideowych wychowanków Millera i Kwaśniewskiego.

czwartek, 17 lutego 2011

Między clicktivismem a ruszeniem dupy

Dziś odbył się ogólnopolski protest przeciw wprowadzeniu odpłatności za drugi kierunek studiów. A ogólnopolski protest wygląda tak:

Ok. 50 osób w Warszawie
Ok. 20 osób w Łodzi
Ok. 20 osób we Wrocławiu
Ok. 30 osób w Poznaniu
Ok. 40 osób w Krakowie

Minister edukacji, która jednocześnie jest prezydentem prywatnej uczelni wyższej, zamierza Wam, drodzy studenci, z***ać prawo do bezpłatnej edukacji wyższej. Chce wam zabrać, drogie studentki, stypendia motywacyjne, do których prawo zdobywacie sobie bardzo dobrymi wynikami w nauce. Wreszcie, droga kadro - wam chce wcisnąć "współpracę" z biznesem i poprzez zakaz dwuetatowości - popchnąć w kierunku umów cywilnoprawnych i samozatrudnienia.

Ten post nie jest kierowany do zwolenników odpłatności za studia - w części młodocianych i nieco starszych korwinistów, w części - pożytecznych idiotów. Ten post jest skierowany do was, koledzy i koleżanki. Bo dzisiejszy dzień doskonale mówi sam za siebie.

Boli was przecież reforma Kudryckiej (vel Ernst&Young). Wkurwiacie się na to, że cichaczem rząd, który sami wybraliście zrobił was w konia zabierając stypendia motywacyjne. Słyszycie, jak Kudrycka mówi o tym, że studia dzienne to studia wybierane przez dzieci z bogatych domów - i gdy wam ktoś w ten sposób pluje w twarz udajecie, że to deszcz pada.

Droga kadro, szlag was trafia, gdy po raz kolejny słyszycie te, za przeproszeniem z dupy wzięte, nie trzymające się kupy uzasadnienia dla "reform". Zgrzytacie zębami na mędzenie o konkurencyjności i menedżerskim zarządzaniu uczelnią. Wreszcie - zdajecie sobie sprawę, że elita tego świata już zdecydowała o naszym miejscu w globalnym układzie sił i jakie to jest miejsce. Miejsce pariasów, "zaplecza biznesu", wymarzonego kapitalistycznego rezerwuaru niewolników, jeszcze przepraszających za to, że nadal mamy za wysokie podatki, za sztywne prawo pracy i zbyt roszczeniowe związki zawodowe.

Drodzy koledzy, drogie koleżanki, droga obecna i przyszła kadro - wy to wszystko widzicie, wy to wszystko wiecie. A mimo to - nic z tym nie robicie. Lubicie ponarzekać, załamać ręce, wreszcie kliknąć na fejsie "Dołącz do grupy" albo "Wezmę udział". Niestety, żaden reżim od tego się jeszcze nie załamał. Pojękiwania i marudzenie pod nosem powodują, że dzień protestów przeciw odpłatności za drugi kierunek studiów ma mniej więcej taką samą (albo gorszą) siłę przebicia niż Międzynarodowy Dzień Kota. Lepszy od was był Dominik Taras i wszyscy ci od beki z krzyża.

Moje podstawowe pytanie do was brzmi: Jeśli nie chce wam się ruszyć dupy teraz, dzisiaj, pójść na niecałą godzinę i powiedzieć: "Nie zgadzam się" - to kiedy wam się zachce? Podejrzewam, że z równą łatwością Kudrycka z Tuskiem ukradliby wam ubrania razem z bielizną - wy zaś stalibyście, mrugali oczami i pytali się zaskoczeni: "Ale co? Ale jak to?". Chwilę byście pomarudzili, że zimno, i że dlaczego, po czym spuścili głowy i poszli szukać nowych szmat. Bo ostatecznie przecież co z tym można zrobić, pewnie tak trzeba, jak powiem, że mi się nie podoba to wyjdę na pieniacza, a w sumie to w Europie Zachodniej rząd kradnie ubrania od dawna.

Są takie momenty, że od marudzenia pod nosem, pisania tekścików na swoje aktywistyczne portaliki i klikania "Lubię to!" na Facebooku należy przejść do ruszenia dupy i wydarcia ryja. I mam niestety dość dojmujące poczucie tego, że wy jeden z tych momentów właśnie przespaliście.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Prawdziwy ekspert

Dzisiaj krótko, w zasadzie w formie przeglądu internetowej prasy. Wchodzę na łódzką Wybiórczą, i moim oczom ukazuje się taki oto tytuł:

Ekspert Ernst&Young: Łódź jest fajna, trzeba to poczuć

Lepszego epilogu do dwuczęściowego tekstu o kreatywności nie mogli mi sprezentować :) Co mówi ekspert Ernst&Young?

Łodzianie powinni myśleć optymistycznie i więcej się uśmiechać. A przede wszystkim zauważyć, że Łódź jest fajna. Tego nikt z zewnątrz nie może pokazać, trzeba to poczuć.

... naprawdę? Z drugiej strony, to jest w końcu ekspert z Ernst&Young. W zasadzie, to można pozostawić bez komentarza - poza delikatnym ukłuciem w solidarność branży cwaniaków robiących nas w ch**a. I do tego, żart obrazkowy!

piątek, 28 stycznia 2011

Kreatywna propaganda cz. 2

Zgodnie z zapowiedzią ciąg dalszy nastąpił. Przyjrzyjmy się więc samej idei kreatywności, za punkt wyjścia biorąc wspomniany już łódzki przykład "przemysłów kreatywnych".

Idea "kreatywności" leży w płynnokapitalistycznym słowniku zaraz obok "elastyczności". O ile płynni kapitaliści domagają się, byśmy byli, przede wszystkim, zawsze "elastyczni" (przychodzili i odchodzili w miarę ich, a nie naszych, potrzeb); o ile "elastyczność" to główny składnik ponowoczesnego kapitalistycznego tortu, to "kreatywność", wraz z zestawem kilku innych określeń (typu "lubiący wyzwania", obowiązkowo wpisywanych do cefałek), jest lukrem, ozdobnikami, wreszcie: wisienką na torcie. I jak to z wisienkami na torcie bywa - dostępną dla nielicznych.

Czym jest kreatywność? Nudna słownikowa (Ok, nie tyle słownikowa, co z Wikipedii, lenistwo, przeprosiak) definicja mówi:

Kreatywność (postawa twórcza; od łac. creatus czyli twórczy) - proces umysłowy pociągający za sobą powstawanie nowych idei, koncepcji, lub nowych skojarzeń, powiązań z istniejącymi już ideami i koncepcjami. Myślenie kreatywne, to myślenie prowadzące do uzyskania oryginalnych i stosownych rozwiązań.

Zaś internetowa wersja Słownika Języka Polskiego o słowie "kreatywny" mówi:

tworzący coś nowego lub oryginalnego

Tak więc jest tu już kilka ważnych informacji. Mowa jest o "nowych ideach, koncepcjach" i o "oryginalnych i stosownych rozwiązaniach". Definicja nie określa i tym samym nie ogranicza możliwości stosowania pojęcia "kreatywności" do konkretnego obszaru np. gospodarki, polityki, i tak dalej. Tyle więc teoria...

W praktyce, hasło "kreatywności" jest częścią propagandowej nowomowy zaprzęgniętej do kolejnej odsłony klasowej walki. Bardzo trafnie pisze o tym Elizabeth Dunn w "Prywatyzując Polskę", analizując nowe koncepcje osoby, które pojawiły się w polskiej wersji kapitalizmu, za przykład biorąc reklamę napoju Frugo:

Pojęcia, tak błyskotliwie i zabawnie użyte w reklamie frugo, były częścią większego procesu, w którym niektórych ludzi kategoryzowano jako "elastycznych", "racjonalnych" i "indywidualistycznych", podczas gdy innym przylepiano etykietę "biernych", "kolektywistycznych" i "sztywnych", a więc a priori niezdolnych do odegrania wiodącej roli w "transformacji" ekonomicznej".

Od premiery reklam Frugo minęło już 15 lat, a stanowić może ona wciąż bardzo dobry punkt odniesienia do analizy "kreatywności", szczególnie zaś idei "przemysłów kreatywnych". Czym są przemysły kreatywne? Definiowane są one na tej granciarskiej stronie jako działalność w nast. obszarach:

1. Sztuka (sztuki performatywne i fotografia, sztuki wizualne i wydarzenia artystyczne itd.).
2. Media i rozrywka (film, sektor audiowizualny, literatura i dziennikarstwo itd.).
3. Usługi biznesu kreatywnego (design, moda, architektura, nowe media i gry, reklama itd.).

Jak widać, są to ci, którzy robią w nadbudowie (wulgarny marksizm FTW!). Bądź, innymi słowami: "wytwarzający i wykorzystujący prawa własności intelektualnej”. Poprzez przemysł kreatywny i takie jego zdefiniowanie kojarzy się jednocześnie samą ideę kreatywności z kilkoma wąskimi, określonymi grupami. Kreatywni stają się więc tylko ci, którzy zajmują się tworzeniem opakowań, obrazów, znaków, nie zaś produktów. Jest to oczywiście w pełni zgodne z dość starą już wiedzą o tym, że to opakowanie tworzy produkt, że to otoczka jest tym, co jest pożądane i konsumowane. Konsekwencją - "uwolnienie się" wielkich korporacji od "ciężkiej" produkcji na rzecz "lekkiego" marketingu (No Logo etc.). Idea przemysłów kreatywnych jest więc integralnym elementem organizacji współczesnego globalnego porządku - ale o tym kiedy indziej.

Wracając do głównego wątku - idea "przemysłów kreatywnych", by mogła zaistnieć, potrzebuje negatywnego punktu odniesienia. Jest nim oczywiście zwykły przemysł, ale także bardzo duża część usług - i wszyscy, którzy w tych sektorach pracują. Tak jak w reklamie frugo i polityce marketingowej i wewnętrznej Alimy Gerber w początkach lat '90 - negatywnym punktem odniesienia są "robole", wszyscy ci nieelastyczni i niekreatywni ludzie.

Na przykładzie "kreatywności" widać jak na dłoni, jak łatwo dochodzi z klasistowską motywacją do fałszerstwa słów i manipulacji nimi. Bo czy każdy i każda pracująca w designie, dziennikarstwie, nowych mediach etc. - jest kreatywna/y? Przecież spora część webdesignerów i/lub programistów stawiając stronę za stroną nie jest ani trochę kreatywna - wykorzystując w pracy raz za razem te same szablony (często darmowe), te same metody i rozwiązania, stworzone przez kogoś zupełnie innego. Moda na fotografię, panująca od już jakiegoś czasu, przynosi ze sobą zalew amatorów i pół-amatorów, robiących wciąż te same, pozujące na artystowskie, czarno-białe zdjęcia. Część z nich trafia w końcu do zawodu, gdzie... z reguły będzie robiła dokładnie to samo.

Przykłady można by mnożyć. Ich ostatecznym, głównym wcieleniem jest natomiast postać hipstera, będąca zupełnie nieintencjonalnie parodią samej siebie. Hipster to doskonałe ucieleśnienie bezmyślnego etykietowania "kreatywnością", gdzie idea zostaje utożsamiona ze stylem i pozą, które ostatecznie często za wiele wspólnego z faktyczną kreatywnością nie ma.

Znów przydatny będzie przykład Alimy Gerber. Dunn pisze o wartościowaniu pracy w Alimie, i związanych z tym procedurach oceny pracowników i poszczególnych stanowisk pracy w firmie:

(...) mimo, że poszczególne stanowiska pracy miały być oceniane za pomocą określonych kryteriów, bardzo często już sam typ stanowiska decydował o liczbie punktów, jaką mu przyznano. Widać to wyraźnie w (...) kluczu analitycznym dla kategorii "innowacyjność i kreatywność". (...) W ten sposób pracownik produkcyjny otrzymuje zero punktów za "innowacyjność i kreatywność" z definicji, a nie w wyniku empirycznej analizy jego zadań.

I dalej:

Proces oceny nadawał systemowi autorytetu "obiektywizmu i naukowości", ukrywając społeczną naturę władzy w przedsiębiorstwie. (...) Firmie zależało, aby robotnicy i związkowcy przestali protestować przeciwko rosnącym różnicom w wysokości wynagrodzeń i dodatków.

Tymczasem, pracownicy i pracownice produkcyjne Alimy wykazywały się niekiedy olbrzymią innowacyjnością i kreatywnością, wyniesioną jeszcze z czasów socjalistycznej gospodarki niedoborów - obmyślając proces produkcji i przestawiając maszyny tak, by można było wyprodukować coś z tego, co akurat było pod ręką. Było to możliwe tylko dzięki inwencji i kreatywności pracowników i pracownic produkcji, którzy/e posiadali największą wiedzę na temat funkcjonowania linii i maszyn.

Zestawiając to ze smętnymi hipsterami w obcisłych spodniach, zajmujących się dizajnem i projektami trzeba dojść do konkluzji, że posiadanie iPhone'a, iPada, Maca, cyfrowej lustrzanki i/lub umiejętności założenia strony na Wordpressie nie czyni nikogo kreatywnym. Tak samo, jak umiejętność posługiwania się Photoshopem. Coś takiego jak klasa kreatywna nie istnieje. Jest tylko banda cwaniaków i pozerów, której istnienie ma rację bytu tylko dzięki odgrywaniu przez nich określonej kreacji grupy, która jest bardziej twórcza/kreatywna/elastyczna/kulturalna - i przez to lepsza. W historii walk klasowych nie jest to zasadniczo nic nowego.

***

Starałem się w tej notce z grubsza nakreślić możliwość krytyki operowania w dyskursie publicznym kilkoma pojęciami, przede wszystkim "kreatywności" i "przemysłów kreatywnych", fałszujących i manipulujących rzeczywistością na korzyść wyżej postawionych i bardziej uprzywilejowanych w społecznej hierarchii. Bo, szczerze mówiąc, nic mnie tak ostatnio nie wkurwia jak mędzenie o "przemysłach kreatywnych" właśnie.

Kreatywna propaganda cz. 1

"Łódź stolicą przemysłów kreatywnych" - słyszę, i dostaję kurwicy. Kurwica zamienia się w poczucie bezsilności, gdy czytam, jaką kwotę włodarze miasta przeznaczyli na to, by ktoś pomiział ich ego i wykonał trochę propagandowej roboty średniej jakości. Ale od początku:

Dziewięć miesięcy temu miasto (a raczej miejscy urzędnicy, kto dokładnie - nie wiem) zamówiło opracowanie strategii promocji "marki Łódź". Zająć się tym miała agencja, uwaga: Demo Effective Launching (LOL z nazwy). Za trudy pracy zakończonej powiciem nieokreślonego memłania o kreatywności agencja dostała, bagatela, 600 tysięcy złotych. Memłanie sprowadza się do (oddajemy głos Wybiórce):

(...) Hasła: "Łódź centrum przemysłów kreatywnych". Miasto ma czerpać z kultury offowej, designu, mody i przekonywać Polskę, że jesteśmy twórczy i niepowtarzalni.

Czyli do czegoś, co już Łodzianie i Łodzianki wiedzą i za czym kilka różnych środowisk lobbuje. Co do powiedzenia ma w związku z tym agencja Demo?

Przedstawiciele Demo Effective Launching, krakowskiej agencji, która dokument przygotowała, już na początku prac zapewniali, że nie chcą łodzian zaskakiwać, tylko pokazywać to, co w Łodzi najlepsze.

I wziąć za to 600 tysięcy złotych. Za pokazanie Łodzianom i Łodziankom co mają najlepszego w swoim mieście. Oj, chyba niezbyt Ci mieszkańcy i mieszkanki miasta w oczach Krakusów z Demo rozgarnięci...

W związku ze strategią widzę dwie kwestie. Pierwsza to oczywiste, radosne marnotrawstwo publicznych pieniędzy, idiotyzm płacenia 600 tysięcy złotych za, cyt. za klasyczną empetrójką: "słodkie pierdzenie". Słusznie obśmiany już przez pewną część Łodzian i Łodzianek. Chętnie przyłączę się do grona szyderców (bo kto nie lubi wyżywać się na słabszych? :)).

Wraz ze strategią zostało stworzone filmowe promo (film promujący strategię promocyjną marki, mającej promować Łódź).



I zastanawiam się tylko, jaki procent budżetu opracowania strategii został przeznaczony na zrobienie tego powyżej. 1%? 5%? 10%? Jeśli ktoś ma dostęp do takiej informacji, to bardzo proszę o podzielenie się. Będziemy wtedy wiedzieć, ile zapłacono za filmik, który wykonać może każda i każdy, kto zna się chociaż trochę na montażu i obluczy dwa, trzy tutoriale dot. Adobe AfterEffects. Nie wierzycie? Specjalnie dla Was, a w szczególności dla Pana Marka, link do takiego tutoriala. Jak widzicie, chłopaki i dziewczyny z Demo nie przyjrzeli się mu za dobrze, bo do filmiku nie wrzucili nawet motion blur'a. Panie Marku! Z pewnością w Wydziale Promocji jest ktoś, kogo byliby Państwo w stanie wysłać na dwumiesięczne szkolenie z AfterEffects. Zaręczam, że koszt tego będzie znacznie mniejszy niż płacenie agencji Demo czy jakiejkolwiek innej.

A teraz trochę poważniej: Czym, jeśli nie strategiami promocji miasta i "marki Łódź", zajmuje się łódzki Wydział Promocji? Bo jeśli do zadań, które niewątpliwie w zakresie kompetencji tego wydziału się znajdują, zatrudnia się zewnętrzną agencję promocji, za usługi której miasto musi wydusić 600 tysięcy złotych, to pojawia się zasadne chyba pytanie: o co tu chodzi? Jak widać, akurat taki outsourcing nie obniża, a zdecydowanie podnosi, koszty. Może być to oczywiście zaskoczenie dla Pana Cieślaka, przyzwyczajonego do trzepania przez inwestorów grubej kaski na redukowaniu kosztów pracy dzięki outsourcingowi, ale jednak tak jest. Tak więc lekcja do zapamiętania: nie każde przerzucanie kosztów na zewnątrz jest opłacalne. Co więcej, z reguły nie jest ono opłacalne w przypadku zdecydowanej większości usług publicznych, dla nikogo. Poza właścicielami firm, do których trafia miejski szmal w przypadku wykonywania takich usług. Ale to materiał na inną notkę.

Tak więc dość już złośliwego przypierdalania się do strategii promocji "marki Łódź", stworzonej przez agencję Demo. Drugą kwestią, obszerniejszą, jest delikatnie już wprowadzona idea "kreatywności". Ale jej będę czepiał się w drugiej części notki, czyli ciąg dalszy nastąpi.