niedziela, 23 stycznia 2011

Waleczni najemnicy i zdradzieckie stacje telewizyjne

Mili Państwo, zaczynam na blogu dział zatytułowany "Wypłacz mi tako rzeke". Notki z tej serii poświęcone będą tym wszystkim biednym i tak cierpiącym grupom jak: bankierzy, właściciele firm, katolicy, księża katoliccy, upper-middle class, funkcjonariusze policji, przedstawiciele wojska, członkowie rad nadzorczych, ekonomiści ze szkoły chicagowskiej, czy wreszcie prawicowi publicyści. Jak wiadomo powyższe grupy należą do jednych z najbardziej prześladowanych nie tylko w Polsce, nie tylko w Europie, ale w ogóle - na świecie. Należy się im więc szczególna uwaga i pochylenie się z troską. So, without further ado...

We can bomb the shit out your country alright!
... Especially if your country is full of brown people.


Do prowojennej propagandy zdecydowana większość z nas zdążyła się już przyzwyczaić. Mimo, że społeczeństwo generalnie niechętnie patrzy na wysyłanie "naszych chłopców" by zabijali innych chłopców i dziewczyny, to jednak i do wojska, i do przemocy jako takiej Polacy i Polki generalnie nie mają większych zastrzeżeń. W przeciwieństwie np. do mnie. Jeśli chodzi o wojnę, to wciąż chyba najbliżej mi do nieśmiertelnego i nieocenionego George'a Carlina. Ale do rzeczy.

Kilka dni temu Wirtualna Polska puściła na główną tekst pt. "Wchodzimy do walki, a reszta spier..."- historie Polaków. Dzieło tyczy się trudnych losów polskich najemników, którzy swoją drogą nie lubią określenia "najemnik" - wolą słowo "kontraktor". Nic dziwnego, lepiej być usługodawcą na umowie niż gościem zabijającym za kasę. W każdym razie, tekst opowiada o ciężkim życiu polskich naj... kontraktorów, zatrudnianych np. przez firmę Blackwater (wyliczyłbym listę wałków i afer związanych z nimi, ale nie miejsce nie czas, kto chce ten znajdzie). Dowiadujemy się więc o tym, że taki kontraktor z reguły zdany jest na sam siebie i że wyposażenie gorsze niż w armii. Ale! dowiadujemy się też, jak wyglądają prowokacje organizowane przez wraże siły.

Oddajmy głos "Bani", 40-letniemu byłemu żołnierzowi GROM:
Z zabijaniem "nieuzbrojonych” to wyglądało tak: kamery różnych wschodnich stacji pojawiały się zawsze wtedy, gdy była jakaś rozpierducha. 15 ludzi przygotowywało zasadzkę. Kamera to kręciła z daleka. Jak się udało, to mieli świetny materiał poglądowy.

Nie, nie, to nie o samych prowokacjach, to tylko o sępach z różnych wschodnich stacji (stawiam na Al-Dżazirę). O prowokacjach jest teraz:

Jak pułapka nie wyszła, a ochroniarze byli czujni, rozpierniczyli atakujących i pojechali dalej, to miejscowi szuszwole* szybko wpadali i zabierali broń. Za chwilę na miejscu pojawiała się telewizja, a tu leżały już bezbronne ofiary. Nie ma przypadkowych strzałów - nawet w Blackwater.

Wszystko jasne. Na wojnie, jak zapewnia nas "Bania", nie ma przypadkowych strzałów. Nawet w Blackwater - dodaje. Tak więc zapewne blisko 25 tys. ofiar cywilnych z lat 2003-2005, z których wojska "koalicji" odpowiedzialne są za blisko 40% z nich, to liczba spreparowana przez... to oczywiste, wschodnie stacje telewizyjne. Zaś film z "interwencji" amerykańskiego śmigłowca dzielnie strzelającego do nieuzbrojonej ekipy reporterskiej, który obiegł świat dzięki Wikileaks, jest fałszywką. I tak dalej i tym podobne.

Czy to kwestia redukowania dysonansu poznawczego i tłumaczenia się przed samym sobą, czy po prostu bycia zakłamanym skurwysynem?

*"Szuszwole" to, jak dowiadujemy się z tekstu, inne określenie na "brudasa". Casual racism FTW!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz